Witam Was wszystkich po krótkiej przerwie. Ostatnio byłem w Berlinie, a po powrocie miałem sporo pracy i zero czasu na pisanie bloga. I była jeszcze u mnie znajoma, a potem ja u znajomych, no i nic z pisania nie wyszło. Dziś jednak zapraszam na pyszny barszcz czerwony. Prosty przepis na wspaniały obiad, którym niejednej osobie zaimponujecie. No i przepis okraszony maleńką dawką humoru autora.
Aby przygotować pyszny bulion musimy przygotować sobie warzywa (seler, por, marchew, pietruszka, cebula), mięso (ja wybrałem korpus z kurczaka i szyję indyczą, żeby bulion miał jedynie taki delikatny mięsny smak i nie był za tłusty) oraz przyprawy (ziele angielskie, pieprz czarny w ziarnach, liście laurowe).
Najpierw na gazie przypalamy obraną i przekrojoną na pół cebulę. Taka lekko spalona cebulka doda przyjemnego smaku naszemu bulionowi. Powinno się to robić na fajerkach, ale gdzie teraz taką kuchnię znaleźć?
Następnie oczyszczamy pozostałe warzywa. Pamiętajmy, żeby nie przesadzić z ilością selera, żeby jego smak nie zdominował bulionu. Ponadto użyjcie jedynie zielonej części pora. Białą zostawcie sobie na surówkę z ogórkiem kiszonym.
Warzywa kroimy na kawałki, najlepiej na słupki. Potem łatwiej je będzie pociąć do sałatki warzywnej, którą możemy z nich zrobić gdy wyłowimy je z bulionu. Pora kroimy na co najmniej 4 części. Związujemy go dosyć ścisło nitką. Dzięki temu potem łatwiej nam będzie go usunąć z zupy. Pora już oczywiście nie dodajemy do sałatki, cebuli spalonej też nie.
Pokrojone warzywa przekładamy do dużego garnka (jak na moje warunki to jest wielki).
Mięso porządnie myjemy i odcinamy zbędne farfocle. Nie lubię jak potem mi gdzieś pływają. Przyznam się, że nie lubię tej czynności, trochę się brzydzę takiego surowego mięsa, szczególnie w takiej postaci. Co innego pierś z kurczaka czy pręga wołowa, ale myć taki korpus? Masakra.
Teraz mięsiwo dokładamy do warzywek, pora wkładamy kurczakowi w ... korpus ;) Całość zalewamy wodą, dodajemy kilka liści laurowych, kilka ziaren pieprzu i ziela angielskiego. Całość gotujemy na wolnym ogniu!
Uwaga! Teraz będzie ważna informacja. Mięso zalewamy zimną wodą. A to dlatego, ze gdybyśmy zalali je gorąca to natychmiast pozamykałyby się wszystkie zewnętrzne naczynka i cały smak pozostałby w mięsie zamiast w bulionie. A tak, jak zalejemy je zimną to smaczek nawet tego tak wstrętnie wyglądającego mięsiwa spokojnie przejdzie do zupki. Mięso co prawda straci większość smaku, ale Wasz kot czy pies i tak będzie wdzięczny za obdarowanie go takim cudnym kąskiem. Co więcej, z takiego mięsa (jak jest go dużo) można po przemieleniu i dodaniu cebuli i przypraw zrobić naleśniki z mięskiem. I to wcale nie dla psa czy kota, ani nawet dla teściowej, ale dla siebie!
Następna, jeszcze ważniejsza informacja: bulion gotujemy przez minimum 3 godziny. Jeśli ktoś mi powie, że po godzinie gotowania mamy już gotowy wywar mięsno-warzywny będzie to oznaczało, że zamiast cebuli przypalił móżdżek, i to swój. Dajmy czas mięsu i warzywom na oddanie smaku, połączenie się, stworzenie nierozerwalnej więzi. Niech między sobą figlują, podskakują, ocierają się... Marchewka z szyją, por z selerem, seler z marchewką, a potem z cebula. A niech tam! Niech się dzieje! Jeden tylko warunek, wszystko musi się odbywać na wolnym ogniu!
Ufff, już po gotowaniu. Warzywa odcedzone, czekają już na kolejne ocieranki między sobą, tym razem w sałatce warzywnej. Dodam im trochę nowych kolegów, żeby miały urozmaicenie.
Mięso odcedzone, pójdzie dla kotka, który zamieszkał u moich rodziców w ogródku i ni cholery nie chce się zaprzyjaźnić, za to codziennie rano drze ryja i woła o żarcie. Małe to jeszcze ale charakterne bydlę.
Bulion przelałem do słoików, wyszło go równiutko 2 litry. No dobra, i jeszcze jeden mały łyczek dla autora tego cudu kulinarnego.
Dodałem jeszcze majeranku, troszkę soli, cukru i świeżo mielonego pieprzu, tak akurat do smaku.
Tak się zastanawiam... Polska chyba nie będzie nigdy krajem mlekiem i miodem płynącym. Na mleko są stawki, kwoty czy coś tam z UE, a miodu nie będzie bo pszczółki mają nas tam gdzie wszyscy inii. Czyli w odwłoku. Ale jest szansa, żeby nasza Ojczyzna stała się krajem barszczem czerwonym i ćwikłą płynącym. Wystarczy włączyć TV, wyjść na miasto, przejechać się metrem czy samochodem. Wszędzie dookoła tyle buraków. Nie to żebym się wywyższał. Ale jak widzę co się dookoła dzieje, to naprawdę zaczynam szukać rzeki barszczu czerwonego i stawu z ćwikłą. O kurczę, rozwinąłem się jak tak cebula przypalana na gazie. Wracam do przepisu.
No dobrze, barszcz podajemy albo z krokietem albo z uszkami albo z czym chcecie i w czym chcecie. Ja ugotowałem uszka, na które przepisu nie podam, bo nie jestem ich autorem.
I jak Wam się podoba taki przepis okraszony małą dawką humoru i ironii?
Czekam na Wasze komentarze!
Barszcz był pyszny! Smacznego!